Zośki Papużanki „Świat dla Ciebie zrobiłem”

Największa frajda płynąca z czytania nowej lektury to brak oczekiwań – i choć Zośka Papużanka nie jest debiutantką, dotychczas nie było mi po drodze z powieściami autorki. Najnowsza jej książka pt. „Świat dla Ciebie zrobiłem” to zbiór opowiadań o jednym wspólnym mianowniku, jakim jest człowiek. To właśnie wokół tego epicentrum roztacza się pajęczyna niejednoznaczności i życiowych wypadków. Emocje, jakie towarzyszą bohaterom, stają się wraz z lekturą tymi, które niepostrzeżenie zaczynamy współodczuwać.

IMG_1593

Kwestia wzajemnych więzi ujawnia się niewinnie w każdym z dwunastu opowiadań: wszyscy bohaterowie zdają się być kolejno niewolnikami jakiegoś związku emocjonalnego z innymi i samym sobą. Pierwszy z nich zabiera nas w podróż w niespodziewanie jednoosobowy weekend – wbrew planom, które zakładały udział jego najbliższej („Kaprys”). Choć konsekwentnie i uparcie postanawia wypocząć, już początek wyjazdu jest niespokojny – jakby niepełny… . Czy wbrew przekonaniu, że człowiek stanowi tylko połówkę pomarańczy, samotne wczasy to wciąż dobry sposób na odpoczynek? Samotne podróże preferuje natomiast Marysia, która przecież „zawsze prosiła o pokój jednoosobowy” („212”), a ku własnemu zaskoczeniu odkrywa jak wielką frajdę sprawia rozmowa z nieznajomą imienniczką, z którą przyszło jej dzielić apartament. Hotelowe cztery ściany to jedno, a co jeśli duży dom wypełniony jest nieobecnością bliskich, którzy kochają wielkomiejski szum? Tak właśnie rysuje się kontekst w kolejnym opowiadaniu („Daleko”), w którym „wsi spokojna, wsi wesoła” rajcuje tylko starsze pokolenie. Generacja „młodych” nie chce uprawiać kapusty i dźwigać ze studni wiader z wodą. Tylko jeszcze najmłodsi chcą gonić za motylami…

IMG_1671

Książka Papużanki to szuflada z fotograficznymi skrawkami cudzych historii. Poznamy do bólu dokładny przepis na owoce w kruszonce przyjaciółki, tragikomiczną podmianę kota sąsiadom czy nazwy gwiezdnych konstelacji na czele z Wielką Niedźwiedzicą. Na zmianę śmiejemy się z rosnącej listy niezbędników wyprawianej z rodzinnego domu panny, by później z zapartym tchem słuchać monologu samotnej wdowy, której po śmierci męża pozostały zacierające się w pamięci wspomnienia. Autorka żongluje na zmianę patosem i fraszką, nie przyzwyczajając czytelnika na dłużej do konkretnego stylu. Forma podlega treści i wraz z nią zmienia kształt. Nie każda z historii urzeka mnie w tym samym stopniu: odległa jest mi na przykład wizja, którą roztacza część zatytułowana „Spotkałem opowiadanie”. Na wskroś literacko pochodny obraz rozmywa się przed moimi oczami i nie nadążam za kolejnymi zdaniami – choć może taki był cel? Nie trudno się zgubić w plątaninie struktur gatunku każdemu, kto nie przywykł do surrealizmu literaturoznawczego.

IMG_1874.jpg

Niekwestionowanym wartością książki jest próba ukazania złożoności ludzkiej psychiki: autorka przedstawia nam kolejnych bohaterów o bardzo różnej motywacji i w obliczu rozmaitych sytuacji. To ludzie i zdarzenia, które się wydarzają, są gdzieś obok. To wypadki losowe i zwroty akcji, które kładą się cieniem na przyszłość. Co sprawia, że nagle przypomina nam się czym jest dialog i że mamy sąsiadkę, której nigdy nie powiedzieliśmy „dzień dobry”? Dlaczego jest w nas tyle strachu przed spojrzeniami innych – obcymi, ale przecież niekoniecznie nieżyczliwymi? Gdzie chcemy uciec od tych oczu, które są w istocie takie same wszędzie? Bo przecież możemy jeść straciatellę w słonecznej Italii, ale nadal będziemy tym, kim byliśmy wyjeżdżając. Nie jest to książka, która zachwyci każdego. Miłośnicy monologowego „Traktatu o łuskaniu fasoli” mogą zatęsknić za rozwinięciem wywodu pt. „Trudno”. Pisarstwo Papużanki, analizowane w oderwaniu od poprzednich nagradzanych dzieł, jest w istocie jakieś: jest w nim nonszalancja słownych gierek i jednocześnie pokora wobec języka powszedniego. Zmienny sposób narracji cechuje jedno: mikroskopijne spojrzenie. Zwykło się mawiać, że świat budują szczegóły i ta puenta przebija przez kolejne karty pisarstwa Papużanki. Z pewnością nie każde opowiadanie zmienilibyśmy w kilkuset stronicową powieść – ja najchętniej przeczytałabym „Ślady” w wersji „pełnometrażowej”. Ta historia ma swój początek w wigilię, czyli w moje najmniej ulubione święta w roku. To tu pada tytułowe „świat dla ciebie zrobiłem”, gdy mały Staś daje siostrze posklejany śliną opłatek. Nie to jest jednak sednem historii: kluczowe wydaje się być niewinne podobieństwo ojca rodziny do spotkanego w mieście pana, do którego tuli się obca dziewczynka. Ile trzeba mieć w sobie siły, by w obliczu takiego obrazka zachować spokój, powstrzymać wybuch emocji? Jaką trzeba być kobietą, by w takiej sytuacji pomóc „tej drugiej”? Tą bohaterkę chciałabym poznać bliżej, jak również jej uczucia, emocje, punkt widzenia i dalsze losy. Istnieje tradycja przyznawania przeczytanym książkom punktów – w zależności od tego, jak bardzo się podobała przeczytana treść. Ja polecam ją bez wahania – ale bez punktowo!

IMG_1973

Czy warto jeszcze sięgać po Kantora?

Od czasów pierwszych antycznych widowisk, teatr przeszedł długą drogę by osiągnąć współczesny kształt.  Zmieniające się na przestrzeni lat mody, konwencje i tematyka przedstawień z pewnością nie odmieniły jednego – misji inscenizowanych wystąpień. Z pewnością każdy widz przychodzi do teatralnego gmachu z innym głodem intelektualnym i innymi potrzebami odbiorczymi. Jedno natomiast jest pewne: idzie o podsycenie tego niedosytu, o zmuszenie do przemyśleń – niekoniecznie dając gotowe odpowiedzi, a raczej zachęcając do ich szukania. Wizja takiego właśnie teatru przyświecała jednemu z najwybitniejszych reżyserów i twórców polskiej sztuki scenicznej – Tadeuszowi Kantorowi. Szczególne wrażenie zrobił na mnie spektakl jego autorstwa pt. „Umarła klasa”. Co ma w sobie wyjątkowego?

Niepokojący plakat reklamujący przedstawienie to dopiero wstęp do prawdziwego mrocznego klimatu, jaki obserwujemy na scenie. Zaciemnione światło, minimalna scenografia, pozbawiona słów muzyka „Walca François” – wszystkie te elementy zdają się potwierdzać doniosłość tego, co za chwilę wydarzy się na scenie. Nie sposób nie zwrócić uwagi także na jeden ważny detal – sznurek oddzielający widownię od desek scenicznych. Czy to sygnał podziału na dwa światy autentyzmu i fikcji? Dla mnie to znak swoistego zamknięcia sygnalizującego, że mamy do czynienia z dziełem skończonym, i od początku do końca zaplanowanym.

z

Ławki szkolne i manekiny – fragment stałej ekspozycji do spektaklu „Umarła klasa”.

Scenograficzny pejzaż tworzą skromne, drewniane ławki umiejscowione na stronie, które przypominają, że mamy do czynienia z tytułową szkolną klasą. I choć spodziewamy się zobaczyć uczniów, na scenę wchodzi grupa dorosłych, która przemieszcza się z manekinami w rękach. Nie sposób nie przywołać w tym kontekście wybitnego teoretyka teatru – Gordona Craiga i jego teorii nadmarionety, która skądinąd inspirowała Kantora. Ów nadmarionetą miałby stać się aktor, który zatraca swoją żywotność, przeobrażając się w doskonałą kukłę. Obok tego ideału można dostrzec tu także element podpowiedzi dla widza: homoidalne lalki to symbol młodości, którą każdy nosi w sobie i z którą ponownie stykają się bohaterowie. A ci, kolejno ustawiają się na miejscach i po chwili stajemy się świadkami znanej scenki”  nauczyciel kolejno rzuca pytaniami do grona żaków, a gdy odpowiadają ciszą, każdy zostaje umownie zastrzelony. Czy brak wiedzy prowadzi tu do śmierci – umieramy w niewiedzy czy z niewiedzy?

Nie można pominąć także pojawiającej się nagości – odkryta pierś, obnażone pośladki… Ta golizna nie wydaje się być jednak wulgarna, nie idzie bodaj o sensację czy skandal. Choć odsłonięcie ciała budziło w latach 70., 80. (spektakl miał swoją premierę w roku 1975) kontrowersje, niewątpliwie należy doszukiwać się w tym innego sensu.  Przypuszczalnie to raczej element prostoty, naturalizmu całej rozgrywanej scen:  Reżyser bowiem dążył do zniesienia rozgraniczenia między tzw. rzeczywistością potoczną, a grą teatralną. Zabieg ten jest daleki od dobrze znanej współczesnemu widzowi obsceniczności, która bywa współcześnie nadużywana.

Warto przyjrzeć się innym aspektom prezentowanej na deskach rzeczywistości. Szkolne zajęcia: gramatyka, fonetyka, „historyczne majaczenia” to nie tylko rekonstrukcja dawnych dziejów, ale też zaduma nad nimi. Czy istnieje przeszłość nieskalana? Jakie demony chce Kantor wydobyć z przeszłości? Z pewnością motywy imion i nawiązań biblijnych, układany stos z manekinów to odniesienie do tragedii narodu żydowskiego – do ich wspólnych doświadczeń. Na ile próba rozliczenia się z bolesnymi dziejami może być terapeutyczna, zdaje się zastanawiać autor. Bohaterowie, z którymi czas nie obszedł się zbyt łaskawie, są zmęczeni – jakby „zdjęci z krzyża”. Czy taki los czeka każdego? Bolesne diagnozy sceniczne są gorzką lekcją życia: przestrogą, a być może nieuniknionym losem, na który każdy (?) jest skazany.

umarla-klasa
Zdjęcie

Tadeusz Kantor, jako artysta totalny, nigdy nie tworzył w oderwaniu od swoich czasów – warto zatem odnieść niektóre wątki i zagadnienia do biografii reżysera. Szkoła w Wielopolu Skarżyńskim to pierwsze doświadczenie edukacyjne i zetknięcie się ze środowiskiem, surowymi nauczycielami, a nawet doświadczenia kar. Klęczenie na drewnianej podłodze wydaje się nabierać metafizycznego zabarwienia w kontekście osoby Kantora. Filologiczno – klasyczny profil w tarnowskim gimnazjum im. Kazimierza Brodzińskiego to kolejny etap: budowania światopoglądu, nauki o fundamentach europejskiej kultury ( w tym także  antycznej cywilizacji). Przywołana w spektaklu Itaka, Orfeusz to powracająca (niczym bumerang) wciąż obecna tradycja. Szczególnie związany z twórczością Kantora zdaje się być motyw Thanatosa – obsesja śmierci pojawia się także w „Niech sczezną artyści” oraz w  „Wielopole, Wielopole”. Obawy i naturalny lęk przed śmiercią ubiera artysta w sceniczną postać, której sam nie nazywa spektaklem, a „seansem”. Nie jest to więc oderwana od rzeczywistości maska, a raczej jej element, co podkreśla artysta swoją obecnością. Kim on jest na scenie? Uwiera to pytanie, niepokoi jego milczenie, ale chyba właśnie taki jest tego cel.

kantor09
Zdjęcie

Bogactwo i różnorodność, jaką oferują dzisiejsze teatry to niewątpliwie pozytywny aspekt rozwijającego kulturowo świata. Pozostaje tylko pytanie postawione w tytule – jaki jest sens sięgania do przestarzałych spektakli „jakiegoś tam” Tadeusza Kantora? Odpowiedzi jest zaskakująco wiele. Mimo nieubłaganego upływu lat, jego twórczość zdecydowanie się nie zestarzała. Ponadczasowe treści, jakie wpisane są w jego twórczość odnaleźć można w każdych czasach – kiedyś i dziś. Uniwersalna forma i ogólna konwencja jest do przyjęcia zarówno przez odbiorcę dawnego i współczesnego. Co jeszcze go wyróżnia? Warto podkreślić, że w każdy jego spektakl wpisanych jest wiele odczytań – nie popadniemy więc w nadinterpretację, bo wielowymiarowość i erudycja pozwalają na dopatrywanie się całego szeregu sensów. Tak samo jak w lustrze: ilekroć patrzymy, za każdym razem dostrzegamy „coś” jeszcze.

Zapis spektaklu „Umarła Klasa” reż. T. Kantora jest dostępny na stronie Ninateki.

Freeganizm, czyli o życiu w kontrze, zakupach na śmietniku i walce z konsumpcjonizmem

To było dobrych kilka lat temu. Pamiętam jak wracałyśmy z koleżanką ze szkoły i mijając kubeł ze śmieciami zobaczyłyśmy niedojedzoną paczkę chrupek. Kasia wręcz klasnęła z zadowoleniem i pospiesznie wyłowiła zdobycz.

Chyba nie zamierzasz tego zjeść? -zapytałam z przerażeniem, właściwie znając już odpowiedź.

A dlaczego nie?

W ten oto sposób moja znajoma zachowała się jak przykładna freeganka zupełnie o tym nie wiedząc. Zacznijmy jednak od wyjaśnienia, czym jest to zjawisko i kiedy wkradło się do naszej rzeczywistości. Nie można jednoznacznie określić daty będącej początkiem działalności tego ruchu. Adam Weissman, aktywista freegański (a kiedyś ochroniarz w New Jersey) wyjaśnia, że freeganizm wyrósł z radykalnego ruchu kontrkulturowego „yippies” w latach 60., ale wiąże się też z kulturą amerykańskich włóczęgów zwanych „hobo”, którzy w czasach Wielkiego Kryzysu wędrowali po całym kraju, jeżdżąc na gapę pociągami towarowym[1]. Nazwa natomiast, powstała jako zbitka angielskich słów free – wolny, darmowy, i veganism – weganizm. Czy oznacza to jednak, że wszyscy freeganie nie są mięsożerni?

Podstawowym budulcem ideologii freegan jest chęć bojkotu marnotrawnego życia konsumpcyjnego społeczeństwa- zatem i mięsożercy są zrzeszonymi członkami tej religii. Religii? Może jest to słowo na wyrost, ale sami zainteresowani mówią o filozofii etycznego jedzenia. Bowiem jest to alternatywna droga pozyskiwania pożywienia, która nie wiedzie przez wyzysk innych i krzywdę zwierząt. Poza tym nie musi być świeże i nieodpakowane- wszak żaden freeganin nie pogardzi tym, czym ktoś pogardził. A gardzimy, i niestety dane statystyczne są zatrważające.

Nie jem, więc wyrzucam

Według badania przeprowadzonego w 2011 roku przez FAO (ang. Food and Agriculture Organisation- światowa organizacja zajmująca się wyżywieniem i rolnictwem)[2], rocznie wyrzuca się 1,3 miliarda ton jedzenia, co stanowi blisko jedną trzecią wyprodukowanej na świecie żywności. W tych niechlubnych statystykach przodują Amerykanie, którzy wyrzucają od 25 do 40 proc. zawartości swojej lodówki. W Europie na śmietnik trafia ok. 20-30 proc. zakupionej żywności. Zaskakiwać może fakt, że aż dwie trzecie tego jedzenia nadaje się do spożycia. A ile marnuje się w Polsce? Badania Eurostatu plasują nas na piątym miejscu (za Wielką Brytanią, Niemcami, Francją i Holandią) tego haniebnego rankingu. Problemem nie są konsumenci, a prawodawstwo branży spożywczej.

Federacja Polskich Banków Żywności od lat walczy o wprowadzenie ustawy, która pozwoliłoby na przekazywanie przez markety żywności potrzebującym., bowiem polskie prawodawstwo tego zabrania. Reporterzy programu „Uwaga” z 2005 roku docierają nawet do specjalisty, który potwierdza tą anomalię: Każda darowizna podlega opodatkowaniu, także darowizna chleba. Jeśliby piekarze chleb wyrzucili, mieliby spokój – mówi Ryszard Frużyński z Urzędu Skarbowego w Rzeszowie i na pytanie reporterki, czy nie jest to absurd, odpowiada: – Tak[3]. Być może ten przepis wywoływałby wyłącznie drwiący śmiech, gdyby nikt przez niego nie ucierpiał. Ofiarą tego artykułu jest Waldemar Gnotowski, który przez kilkanaście lat prowadził piekarnię w Legnicy. Ten skromny darczyńca rozdawał niesprzedane pieczywo potrzebującym- czyn godny pochwalenia. Problemy zaczęły się w 2004 roku, gdy prezydent miasta przyznał mu nagrodę Sponsora Roku i mało znany przedsiębiorca zyskał sławę, która zapoczątkowała zainteresowanie i zawiść innych. Kontrolerzy fiskusa ustalili, że nie płacił on podatku VAT od pieczywa, które przekazywał biednym, a zaniżając wielkości sprzedaży, zaniżał też wysokość płaconego podatku. Prokuratura i urzędnicy skarbowi na podstawie ilości kupowanej przez niego mąki wyliczyli, ile rzeczywiście wyprodukował pieczywa w 2003 roku. Według nich Gronowski zaniżył przychody o blisko 260 tys. zł. Fiskus ukarał go grzywną w wysokości 230 tys. zł[4].

Digital Camera

Absurd nr 2: jak można ukraść śmieci?

Oficjalnie praktyki freeganów to kradzież. Czy jednak można uznać ich winnym rabunku czegoś, co zostało uznane za zbytek? – Po upływie terminu przydatności żywność staje się odpadem organicznym. Póki te odpady nie zostaną przekazane firmom zajmującym się utylizacją lub ich dalszym zagospodarowaniem, są własnością sklepu – tłumaczy Karol Stec, dyrektor ds. koordynacji projektów Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD), która zrzesza 12 największych sieci handlowych w Polsce[5]. Nierzadko także, trzeba popełnić dodatkowe przestępstwo, to znaczy dostać się do śmietnika. Od niedawna bowiem przedsiębiorcy i właściciele kosze zabezpieczają kłódkami a teren marketu skutecznie pilnuje ochrona. Można by rzec: „Dla chcącego nic trudnego”, ale warto także dodać: „Żyj i nie utrudniaj życia innym”.

Nie każdy myśli tak samo

Ostatnia sentencja przywodzi na myśl kolejną kwestię: nie zmienimy faktu, że jako jednostki niezależne jesteśmy częścią szerszej społeczności (lokalnej bądź globalnej). Możemy mieć swoją ideologię, ale nie jest ona w całości oderwaniem od realiów wkoło nas. Współczesność jest określana jako doba postmodernizmu, który zakłada wielość systemów wartości, prawd, ale także permisywizm, czyli daleko posuniętą tolerancję[6]. Nie wątpliwie owocem tej dowolności jest tendencja powstała pod koniec XX wieku, mianowicie pojawianie się nowych i rozmaitych ruchów społecznych.

Eko, eko… ekonomia!

Pobudki ideologiczne to nie jedyny aspekt filozofii freegańskiej. Bywa i tak, że to perspektywa głodu pcha ludzi do kontenerów. Od razu pomyślimy: bezdomni, włóczęgi… Wcale nie! Na internetowym blogu podróżnika Łukasza Supergana czytamy: Z początku traktowałem ten styl życia raczej jako ciekawostkę. Minęło jednak trochę czasu i sam znalazłem się w okolicznościach, które pchnęły mnie do spróbowania tego sposobu zdobywania jedzenia. Było to, o dziwo, nie w bogatym kraju, ale rok temu, w Kirgistanie, gdy opóźniający się przelew od redakcji zostawił mnie z perspektywą przeżycia kolejnego tygodnia za 15 groszy. Udałem się więc na największy bazar w Biszkeku w porze, gdy był już zamykany i, ku swojej radości, znalazłem masę niesprzedanych przez handlarzy owoców i warzyw. Nawet w stosunkowo biednym kraju jedzenie bywa marnowane[11]. Doskwierające braki w portfelu to także zmora wielu młodych ludzi. W wywiadzie dla portalu gazeta.pl Dominik Tomaszczuk pyta o doświadczenia młodego freeganina Tymona Radwańskiego: W maju przeprowadziłem się z Warszawy do Kopenhagi. Miałem niewiele pieniędzy. Zresztą zdecydowałem się na Kopenhagę jako cel mojej podróży, bo znajomi mówili mi: „słuchaj, tutaj to nie jest problem. Przyjedź, sprawy same się poukładają”[12]. I poukładały się, oczywiście. Można mówić: to się dzieje za granicą, u nas w Polsce to byłoby niemożliwe… Na pewno?

pobrane-3

Z domowego podwórka

Freeganizm, mimo iż jest praktyką, do której większość ma sceptyczne podejście, o dziwo znalazł swoje miejsce na polskim gruncie i coraz częściej gości w naszych słownikach. Większym zaskoczeniem może być fakt, że w 2011 roku powstał nawet o tym zjawisku film. „Wypad z freeganami” w reżyserii Karola Kowalskiego to projekt krótkometrażowy, będący udokumentowaniem nocnej ekspedycji po Krakowie w poszukiwaniu jedzenia. Wycieczka od śmietnika to śmietnika, luźne rozmowy i całe mnóstwo dobrego jedzonka. Czy kontenerowe znaleziska mogą być choć odrobinę apetyczne? Na śniadanie: truskawki z miętą. Obiad: sałatka z bakłażana, zupa krem z warzyw, ciasto dyniowe. Kolacja: zapiekana cukinia ze szczypiorkiem, koktajl z bananów[13]. Brzmi jak menu ekskluzywnej restauracji? Jak się okazuje to, tylko spis dziennych posiłków Pawła z Warszawy za-bagatela!- zero złotych. Da się nawet znaleźć kilkanaście opakowań malin. „Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że był początek stycznia, więc jedno takie pudełko kosztowało prawie 15 złotych. Ktoś lekką ręką wyrzucił na śmietnik owoce warte kilkaset złotych”[14]. Takie skarby i to na wyciągnięcie ręki.

Dla każdego, ale nie dla wszystkich

Mając na nosie socjologiczne okulary staram się bliżej przyjrzeć tej grupie społecznej. Od razu przychodzi mi na myśl pojęcie kontrkultury trafnie opisujące freegan jako przeciwników mainstreamu (ang. „główny nurt”) hołdujących własnym wartościom. Najczęściej są to osoby młode, reguły jednak nie ma. Wegetarianie, anarchiści, ekomaniacy? Próbuję zilustrować portret freeganina i od razu zauważam wiele sprzeczności: studenci, osoby dorosłe, rodzice z dziećmi… Pracownicy fizyczni, urzędnicy, artyści… Co jest spoiwem tej grupy? Ich tożsamość buduje na pewno swoista wrażliwość na problemy społeczne, szacunek dla cudzej pracy, chęć bojkotu systemu, odwaga… Oj dużo trzeba tego bojowego ducha freeganom! Bynajmniej nie do jakichś bitew o śmietnik. Mowa raczej o tzw. hejterach, czyli osobach wypowiadających się wyłącznie nieprzychylnie. Żeby sprawdzić poziom nienawiści zerkam na forum tematyczne w Internecie, a tam zażarta dyskusja: „niech Bóg broni- poniżające jest to dla jednych jak i dla drugich: ten, co zbiera zatraca człowieczeństwo, a ten, co wyrzucił, już zatracił”[15]. Dla równowagi są także głosy pochlebne: „próbowałem obiad freegański u znajomej ze Szczecina i szczerze… były same rarytasy, smacznie i zero problemów z żołądkiem[16]. Wydaje się zatem, że samo zjawisko jest znane, jednak większość jest wciąż sceptyczna i nieprzekonana.

„Dlaczego nie?”

„Czy byłabym w stanie zjeść wygrzebany z kosza posiłek?” Niczym bumerang powraca do mnie pytanie postawione spontanicznie przez koleżankę Kasię. Daleka jestem od subiektywnego wartościowania tego zjawiska, ale myślę, że jeśli każdy zadałby sobie to pytanie, to szybko okazałoby się, czy freeganizm ma jakąś przyszłość. W Barcelonie powstał już specjalny przewodnik dla freegan, może kiedyś ukaże się  rodzima publikacja? Jedno jest pewne. Ideałem nie jest społeczeństwo stołujące się na wysypiskach, a  raczej ludność nie prowokująca takiej sytuacji. Wszystko w myśl hasła: „Śmieci mniej, Ziemi lżej”!

Fragment artykułu ukazał się w Magazynie „MANKO”.

Na legalu, czyli X przykazań kulturalnego użytkownika

O tym, jak ważne jest przestrzeganie praw autorskich i korzystanie z legalnych źródeł wiedzą teoretycznie wszyscy użytkownicy Internetu. Fundacja Legalna Kultura do promowania tych idei zaangażowała aktorów, artystów i ludzi ze świata sztuki. Dzięki temu powstała kampania społeczna, w której głos zabrali m.in. Skubas, Organek, Magdalena Boczarska. Jak możemy w praktyce dołożyć swoją cegiełkę do bycia fair?

Po 1. Nie kradnij!

Brzmi banalnie, ale poza teorią bardzo często zapominamy, że pobieranie tzw. „piratów” i gromadzenie nielegalnych filmów na dysku swojego komputera to kradzież. To samo tyczy się publikowania w Internecie (na portalach społecznościowych, na blogach) i niepodanie źródła, autora cytatu – jest to bezprawnym wykorzystaniem cudzej własności intelektualnej.

Zasada nr 2.: uważność.

Tutaj chciałabym zwrócić uwagę na istotne, acz pomijane kwestie. Oglądanie materiałów wyłącznie online nie gwarantuje, że przestrzegamy praw twórców. Istotne przy korzystaniu np. z serwisu Youtube (czy podobnych) jest zwracanie uwagi na to, kto dane dzieło dodał i czy miał do tego prawo. Jeśli teledysk/ film udostępnia wytwórnia/ oficjalny kanał artysty, mamy pewność, że oglądamy materiał zgodnie z wolą autora.

3. Łamanie prawa.

Pamiętaj, że i Ciebie chroni prawo! Niezależnie czy komponujesz, piszesz czy nagrywasz – jeśli jesteś autorem wiesz jak ważne jest sygnowanie Twojej marki. Masz prawo żądać od administratora strony/ platformy by zaniechał udostępniania twojego wytworu, jeśli nie udzieliłeś na to zgody. Jeśli nadużycie okazało się dla Ciebie dotkliwe – masz podstawy do wytoczenia procesu sądowego.

4. Jak żyć?

Moje poszukiwania darmowych i legalnych baz materiałów filmowych/ książek przyniosły zaskakujące rezultaty. Przede wszystkim: da się! Czytadła w ilości dużej można znaleźć m.in. na http://wolnelektury.pl/ czy https://polona.pl/, która jest multimedialną kopalnią dobrodziejstw Biblioteki Narodowej. Do polecenia również http://ninateka.pl/, z nieocenionymi materiałami archiwalnymi i http://www.muzykotekaszkolna.pl/, której dodatkowym atutem jest profil edukacyjny.

5. ZAiKS: na straży porządku.

ZAiKS, tj. Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych. Powstał w marcu 1918 roku w Warszawie z inicjatywy autorów i twórców scenicznych, m.in. przez J. Tuwima, A. Słonimskiego. Główne cele statutowe działalności Stowarzyszenia to zbiorowe zarządzanie prawami autorskimi, ich ochrona i propagowanie.

6. Tantiemy, czyli co?

Jedno z popularniejszych haseł w kategorii prawodawstwa ochrony własności intelektualnej to właśnie tantiem. Jest to forma wynagrodzenia dla twórców za możliwość wykorzystania ich dzieła, o ile z niej nie zrezygnowali na rzecz dozwolonego użytku.

7. Dura lex, sed lex

Kwestia regulacji prawnych w zakresie ochrony własności intelektualnej to w przypadku Polski Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Całość do przeczytania m.in. w Internetowym Systemie Aktów Prawnych.

8. Tworzę, więc jestem.

Każdy twórca ma prawo zarejestrować swój utwór (muzyczny/ filmowy itd.) i czerpać w przypadku jego rozpowszechniania profity. W zależności od prowadzonej działalności, można np. zgłosić się do Urzędu Patentowego czy zarejestrować swój utwór, od niedawna on-line.

9. Z ciekawostek.

Tatuaże także mogą być traktowane jako zindywidualizowany przejaw działalności artystycznej a tym samym mogą zostać chronione. Jeśli malunek na ciele faktycznie zawiera znamiona unikatowej pracy twórczej, a my jesteśmy jego „nośnikiem” możemy rozważyć wykupienie praw autorskich od tatuażysty. Jakkolwiek kuriozalnie to może brzmieć: w przypadku mocno wytatuowanych modeli, których jest to cechą charakterystyczną mogłoby się zdarzyć, że autor cielesnej ozdoby dopomni się o udział w zarobkach np. w kampanii reklamowej itp.

10. Mea cupla, mea culpa…

Skłamałabym pisząc, że od zawsze przestrzegam powyższych rad niczym kodeksu drogowego (choć i tu bywa różnie, ale ciii…). Niemniej w ramach mocnego postanowienia poprawy polecam uwrażliwienie się na kwestię praw autorskich.

Pamiętajcie: to ma znaczenie!

culture.jpg

Zorganizuj się! Narzędzia do pracy przy projektach zespołowych

ordinateur-portable-agenda-stylo

Dobra organizacja i podział obowiązków to podstawa każdej skutecznej współpracy zadaniowej. Zamiast zapisywać kolejne zobowiązania w terminarzu, warto skorzystać z przydatnych narzędzi w postaci komunikatorów i serwisów internetowych, które nie tylko są darmowe, ale także wszechstronne i proste w obsłudze. Zaczynamy!

1. TRELLO

To platforma oparta na metodzie KANBAN, czyli tzw. spisu widocznego. Ma do dyspozycji karty oznaczone odpowiednio tematami zadań do wykonania, wraz z możliwością dodawania etykiet, dat, komentarzy i plików.

home-hero.png

Choć istnieje możliwość wykupienia dodatkowego pakietu rozszerzonego, Trello w wersji bezpłatnej jest w pełni przejrzyste i praktyczne. Funkcjonuje również w formie aplikacji mobilnej, co pozwala na korzystanie z niego na różnych nośnikach, np. w podróży.

2.  SLACK

„Be less busy” reklamuje się Slack i faktycznie jest narzędziem, które pozwala uporządkować na spokojnie kwestię komunikacji zespołowej i projektowych zobowiązań. Główną jego zaletą jest elastyczność, czyli dostosowanie tzw. kanałów na potrzeby własne. Jest to miejsce, które staje się komunikatorem, harmonogramem i miejscem spajającym pliki w chmurze oraz kontakty.

video-preview-what-is-slack.png

3. Skype

Choć wydaje się, że Skype to aplikacja, której nikomu nie trzeba przedstawiać, warto przypomnieć sobie istotne jej zalety. Przede wszystkim Skype sprawdza się świetnie w przypadku pracy zdalnej, jako kanał komunikowania ze współpracownikami. Dzięki licznym opcjom językowym, będzie również pomocna w porozumiewaniu się globalnie, np. w trakcie videokonferencji.

desktop-android-sep15.png

4. Teamspeak

Dla użytkowników języka angielskiego bardzo wygodnym narzędziem będzie Teamspeak. To prosty komunikator do porozumiewania się poprzez sieć LAN (ang. Local Area Network, czyli dla tych, co nie wiedzą- sieć lokalna, np. na terenie zakładu pracy) lub za pomocą Internetu. Prosty w obsłudze i łatwy w prowadzeniu grupowych rozmów.

ts3_window

5. HipChat

Porównywalny do Slacka, HipChat (choć zdecydowanie tańszy w przypadku wersji premium- w wersjach podstawowych obydwa narzędzia są oczywiście bezpłatne) to także serwis porządkujący podział zadań i kontakt w grupie. Mamy tu do dyspozycji tzw. „Rooms”, które możemy dowolnie dostosowywać (np. tematycznie do konkretnych zadań) i spajać z innymi platformami/ serwisami.

hipchart.png

Wybierając narzędzie do pracy w grupie, należy przede wszystkim mieć na uwadze jego przeznaczenie: usprawnienie komunikacyjne vs. systematyzacja obowiązków. W końcu chodzi o to, by było sprawnie i funkcjonalnie, bo przecież „czas to pieniądz”.