Joanna Bator po raz pierwszy: „Purezento”

Prezent, podarunek, niespodzianka, po japońsku „purezento” – taki tytuł nosi najnowsza (choć już nie nowa) powieść Joanny Bator. Jej pisarstwo kojarzy się niezmiennie z tzw. trylogią Wałbrzyską („Piaskowa góra”, „Chmurdalia”, „Ciemno, prawie noc”), choć popełniła w swoim życiu także kilka książek inspirowanych krajem kwitnącej wiśni. O czym jest „Purezento”?

IMG_3198

Zacznijmy od początku, czyli momentu, w którym poznajemy główną bohaterkę. W jej życiu nie dzieje się dobrze: traci chłopaka w wypadku drogowym, dowiadując się przy okazji, że nie była dla niego jedyną. Z letargu pracy i żałoby wyciąga ją niecodzienna propozycja, która jest szansą na przerwanie wegetacji. Ma wyjechać do Tokio, by zaopiekować się domem i kotem pani Myoko, która jest uczestniczką zajęć z języka polskiego. Brzmi niedorzecznie? Zupełnie nie ma się takiego wrażenia w trakcie lektury i przyjmujemy to równie naturalnie, jak to, że z dnia na dzień można wyjechać na drugą stronę globu, by robić… no właśnie, co? Do opieki nad czworonogiem dołączają warsztaty kintsugi – dawnej metody naprawy potłuczonej ceramiki, która polega na sklejeniu i wypełnieniu uszczerbków złotem (co także objaśnia nam estetykę okładki!).

IMG_3201.jpg

W Japonii jej dotychczasowe życie staje się odległe nie tylko geograficznie, ale także dalekie od obecnej rzeczywistości. Wspomnienia wciąż jeszcze atakują w ruchliwym krajobrazie miasta i ze spokojnych twarzy nieznanych osób. „Rekiny ludojady”, które paraliżują myśli, pojawiają się coraz rzadziej… Tokijskie życie wypełnia zen – kontrolowanie swojej świadomości i skupianie uwagi na byciu „tu i teraz”. Każdy, kto próbował tej sztuki wie, że nie jest to ani proste, ani przyjemne – przynajmniej nie na początku tej drogi. Nasza bohaterka próbuje zebrać swoje myśli, klejąc z uwagą kolejne skorupki potłuczonego szkła. Z czasem, także jej los zaczyna przybierać kształt – nowy, inny.

IMG_3193

Brzmi to dość banalnie: najpierw niepowodzenie losowe, później nagły wyjazd i na końcu niespodziewana miłość. Oby nikt nigdy nie podsumował w ten sposób książki Joanny Bator. Zawiera ona w sobie całe spektrum opowieści, z którymi płyniemy spokojnie, orientując się, że nagle musimy wysiąść na brzegu. Jest w całej historii ta magia nieznanego orientu, o której marzymy myśląc, że fajnie byłoby tam przeżyć w jakiejś innej galaktyce. Jest o dreszczyku rowerowej przejażdżki bez mapy, ciekawości tego, dokąd jadą współpasażerowie pociągu i frustracji, że nie spełniliśmy oczekiwań swojej mamy. Jest to czyjaś ziemska wędrówka, która w końcu gdzieś, komuś mogła się wydarzyć. Do bólu nieprzewidywalna, chwilami gorzka (jak przy wspomnieniu bycia porzuconym w dzieciństwie), a innym razem o smaku umami –  w końcu bowiem nawet życie „chwilami bywa znośne”.

 

Zośki Papużanki „Świat dla Ciebie zrobiłem”

Największa frajda płynąca z czytania nowej lektury to brak oczekiwań – i choć Zośka Papużanka nie jest debiutantką, dotychczas nie było mi po drodze z powieściami autorki. Najnowsza jej książka pt. „Świat dla Ciebie zrobiłem” to zbiór opowiadań o jednym wspólnym mianowniku, jakim jest człowiek. To właśnie wokół tego epicentrum roztacza się pajęczyna niejednoznaczności i życiowych wypadków. Emocje, jakie towarzyszą bohaterom, stają się wraz z lekturą tymi, które niepostrzeżenie zaczynamy współodczuwać.

IMG_1593

Kwestia wzajemnych więzi ujawnia się niewinnie w każdym z dwunastu opowiadań: wszyscy bohaterowie zdają się być kolejno niewolnikami jakiegoś związku emocjonalnego z innymi i samym sobą. Pierwszy z nich zabiera nas w podróż w niespodziewanie jednoosobowy weekend – wbrew planom, które zakładały udział jego najbliższej („Kaprys”). Choć konsekwentnie i uparcie postanawia wypocząć, już początek wyjazdu jest niespokojny – jakby niepełny… . Czy wbrew przekonaniu, że człowiek stanowi tylko połówkę pomarańczy, samotne wczasy to wciąż dobry sposób na odpoczynek? Samotne podróże preferuje natomiast Marysia, która przecież „zawsze prosiła o pokój jednoosobowy” („212”), a ku własnemu zaskoczeniu odkrywa jak wielką frajdę sprawia rozmowa z nieznajomą imienniczką, z którą przyszło jej dzielić apartament. Hotelowe cztery ściany to jedno, a co jeśli duży dom wypełniony jest nieobecnością bliskich, którzy kochają wielkomiejski szum? Tak właśnie rysuje się kontekst w kolejnym opowiadaniu („Daleko”), w którym „wsi spokojna, wsi wesoła” rajcuje tylko starsze pokolenie. Generacja „młodych” nie chce uprawiać kapusty i dźwigać ze studni wiader z wodą. Tylko jeszcze najmłodsi chcą gonić za motylami…

IMG_1671

Książka Papużanki to szuflada z fotograficznymi skrawkami cudzych historii. Poznamy do bólu dokładny przepis na owoce w kruszonce przyjaciółki, tragikomiczną podmianę kota sąsiadom czy nazwy gwiezdnych konstelacji na czele z Wielką Niedźwiedzicą. Na zmianę śmiejemy się z rosnącej listy niezbędników wyprawianej z rodzinnego domu panny, by później z zapartym tchem słuchać monologu samotnej wdowy, której po śmierci męża pozostały zacierające się w pamięci wspomnienia. Autorka żongluje na zmianę patosem i fraszką, nie przyzwyczajając czytelnika na dłużej do konkretnego stylu. Forma podlega treści i wraz z nią zmienia kształt. Nie każda z historii urzeka mnie w tym samym stopniu: odległa jest mi na przykład wizja, którą roztacza część zatytułowana „Spotkałem opowiadanie”. Na wskroś literacko pochodny obraz rozmywa się przed moimi oczami i nie nadążam za kolejnymi zdaniami – choć może taki był cel? Nie trudno się zgubić w plątaninie struktur gatunku każdemu, kto nie przywykł do surrealizmu literaturoznawczego.

IMG_1874.jpg

Niekwestionowanym wartością książki jest próba ukazania złożoności ludzkiej psychiki: autorka przedstawia nam kolejnych bohaterów o bardzo różnej motywacji i w obliczu rozmaitych sytuacji. To ludzie i zdarzenia, które się wydarzają, są gdzieś obok. To wypadki losowe i zwroty akcji, które kładą się cieniem na przyszłość. Co sprawia, że nagle przypomina nam się czym jest dialog i że mamy sąsiadkę, której nigdy nie powiedzieliśmy „dzień dobry”? Dlaczego jest w nas tyle strachu przed spojrzeniami innych – obcymi, ale przecież niekoniecznie nieżyczliwymi? Gdzie chcemy uciec od tych oczu, które są w istocie takie same wszędzie? Bo przecież możemy jeść straciatellę w słonecznej Italii, ale nadal będziemy tym, kim byliśmy wyjeżdżając. Nie jest to książka, która zachwyci każdego. Miłośnicy monologowego „Traktatu o łuskaniu fasoli” mogą zatęsknić za rozwinięciem wywodu pt. „Trudno”. Pisarstwo Papużanki, analizowane w oderwaniu od poprzednich nagradzanych dzieł, jest w istocie jakieś: jest w nim nonszalancja słownych gierek i jednocześnie pokora wobec języka powszedniego. Zmienny sposób narracji cechuje jedno: mikroskopijne spojrzenie. Zwykło się mawiać, że świat budują szczegóły i ta puenta przebija przez kolejne karty pisarstwa Papużanki. Z pewnością nie każde opowiadanie zmienilibyśmy w kilkuset stronicową powieść – ja najchętniej przeczytałabym „Ślady” w wersji „pełnometrażowej”. Ta historia ma swój początek w wigilię, czyli w moje najmniej ulubione święta w roku. To tu pada tytułowe „świat dla ciebie zrobiłem”, gdy mały Staś daje siostrze posklejany śliną opłatek. Nie to jest jednak sednem historii: kluczowe wydaje się być niewinne podobieństwo ojca rodziny do spotkanego w mieście pana, do którego tuli się obca dziewczynka. Ile trzeba mieć w sobie siły, by w obliczu takiego obrazka zachować spokój, powstrzymać wybuch emocji? Jaką trzeba być kobietą, by w takiej sytuacji pomóc „tej drugiej”? Tą bohaterkę chciałabym poznać bliżej, jak również jej uczucia, emocje, punkt widzenia i dalsze losy. Istnieje tradycja przyznawania przeczytanym książkom punktów – w zależności od tego, jak bardzo się podobała przeczytana treść. Ja polecam ją bez wahania – ale bez punktowo!

IMG_1973

7 typowych tekstów o kulturoznawstwie

Żywot kulturoznawcy nie zawsze bywa usłany różami, zwłaszcza gdy trzeba stawić czoła brutalnym i mylnym opiniom wokół swojej profesji. Jakie są ów zarzuty? Właśnie obalamy wszystkie mity!

1. Nie wiesz na co iść? Wybierz kulturoznawstwo!
MIT: Jeśli liczysz na znalezienie odpowiedzi na odwieczne pytanie pt. „jak żyć?” możesz się rozczarować.
FAKT: Kulturoznawstwo to kierunek bardzo przekrojowy: jeśli wahasz się nad wyborem socjologii, literaturoznawstwa czy filozofii – być może po roku studiowania bardziej sprecyzują się Twoje preferencje, bo tok studiów obejmuje bardzo różne zagadnienia i przedmioty.

2. Nic nie trzeba robić.
MIT: Oczywiście można nie robić nic do pierwszej sesji, a potem obudzić się z nosem w książkach nadrabiając pół roku – niektórym z pewnością się to udaje i na innych kierunkach.
FAKT: Kulturoznawstwo nie zmusi Cię do kucia listy słówek na kolosy co drugi dzień, albo walki z kolejnym projektem w AutoCAD. Swój czas poświęcisz śledząc na bieżąco wszelkich wiadomości ze świata „Kultury”, czytaniu wydłużającej się listy lektur i oglądaniu niszowych produkcji filmowych.

3. Kulturoznawstwo to nie kierunek, to styl życia.
MIT: Nie oczekuj, że każdy będzie nosił dredy, hipsterskie prochowce czy malował pejzaże, a w wolnym czasie czytywał Kafkę w oryginale.
FAKT: To kierunek dla osób chcących rozwijać swoje artystyczno – pochodne hobby typu fotografowanie czy muzyka. Wszyscy amatorzy teatru pogłębią swoją wiedzę teoretyczną, a piszący do szuflady – podszlifuja warsztat.

Chef Bastille De Jour.jpg
4. Kulturoznawstwo nie zapłaci Twoich rachunków.
MIT: Tak na prawdę żaden inny kierunek tez tego nie zrobi – o ile nie jest zamawiany lub nie załapiesz się na dodatkowe stypendium.
FAKT: Zwyczajowo plan studiów pozwala na pogodzenie zajęć z pracą lub odbyciem płatnego stażu. Dla ambitnych istnieje zawsze opcja stypendium.

5. Staniesz się bywalcem teatru i stałym klientem niszowych kin.
MIT: Jeśli taka forma spędzania czasu Ci dotąd nie odpowiadała, to mała szansa, że wraz z otrzymaniem indeksu automatycznie pokochasz wszelkie instytucje kultury.
FAKT: W ramach niektórych zajęć wspólne wyjścia będą obowiązkowe – np. na teatrologii wybierzecie się do teatru itp. Jeśli dotychczas brakowało Ci w portfelu na bilet do multipleksu, pokochasz kino bez popcornu i legitymacje kinowe uprawniające do zniżek.

Jestę
6. Kulturoznawca – to brzmi dumnie!
MIT: Będą Cię utożsamiać z kulturystą albo z osobą kulturalną – i choć wszystkie opcje nie wykluczają się wzajemnie, nie unikniesz pytań o meritum bycia kulturoznawcą.
FAKT: Kulturoznawca, medioznawca czy badacz antropologii kultury to profesje humanistyczne, które w dobie inżynierów i specjalistów z branży IT nie są doceniane. Niemniej, czyż kulturoznawca nie brzmi dumnie?!

7. A czy zastanawiałeś się co Ty właściwie będziesz robić po kulturoznawstwie?

MIT: Prawdopodobnie większość osób na pierwszym roku studiowania nie jest w stanie ostatecznie odpowiedzieć na to pytanie. Równie dobrze można iść na studia z określonym planem na życie, który zweryfikuje się w czasie.
FAKT: Na drugim stopniu kulturoznawstwa wybiera się specjalizację (np. coach medialny czy krytyk), która uczy już bardziej konkretnych kompetencji przydatnych na rynku pracy. Nie znam bezrobotnego kulturoznawcy, a kreatywność, której uczą te studia pcha do pracy w totalnie różnych dziedzinach.

Obalamy mity! (2).jpg

Czy warto jeszcze sięgać po Kantora?

Od czasów pierwszych antycznych widowisk, teatr przeszedł długą drogę by osiągnąć współczesny kształt.  Zmieniające się na przestrzeni lat mody, konwencje i tematyka przedstawień z pewnością nie odmieniły jednego – misji inscenizowanych wystąpień. Z pewnością każdy widz przychodzi do teatralnego gmachu z innym głodem intelektualnym i innymi potrzebami odbiorczymi. Jedno natomiast jest pewne: idzie o podsycenie tego niedosytu, o zmuszenie do przemyśleń – niekoniecznie dając gotowe odpowiedzi, a raczej zachęcając do ich szukania. Wizja takiego właśnie teatru przyświecała jednemu z najwybitniejszych reżyserów i twórców polskiej sztuki scenicznej – Tadeuszowi Kantorowi. Szczególne wrażenie zrobił na mnie spektakl jego autorstwa pt. „Umarła klasa”. Co ma w sobie wyjątkowego?

Niepokojący plakat reklamujący przedstawienie to dopiero wstęp do prawdziwego mrocznego klimatu, jaki obserwujemy na scenie. Zaciemnione światło, minimalna scenografia, pozbawiona słów muzyka „Walca François” – wszystkie te elementy zdają się potwierdzać doniosłość tego, co za chwilę wydarzy się na scenie. Nie sposób nie zwrócić uwagi także na jeden ważny detal – sznurek oddzielający widownię od desek scenicznych. Czy to sygnał podziału na dwa światy autentyzmu i fikcji? Dla mnie to znak swoistego zamknięcia sygnalizującego, że mamy do czynienia z dziełem skończonym, i od początku do końca zaplanowanym.

z

Ławki szkolne i manekiny – fragment stałej ekspozycji do spektaklu „Umarła klasa”.

Scenograficzny pejzaż tworzą skromne, drewniane ławki umiejscowione na stronie, które przypominają, że mamy do czynienia z tytułową szkolną klasą. I choć spodziewamy się zobaczyć uczniów, na scenę wchodzi grupa dorosłych, która przemieszcza się z manekinami w rękach. Nie sposób nie przywołać w tym kontekście wybitnego teoretyka teatru – Gordona Craiga i jego teorii nadmarionety, która skądinąd inspirowała Kantora. Ów nadmarionetą miałby stać się aktor, który zatraca swoją żywotność, przeobrażając się w doskonałą kukłę. Obok tego ideału można dostrzec tu także element podpowiedzi dla widza: homoidalne lalki to symbol młodości, którą każdy nosi w sobie i z którą ponownie stykają się bohaterowie. A ci, kolejno ustawiają się na miejscach i po chwili stajemy się świadkami znanej scenki”  nauczyciel kolejno rzuca pytaniami do grona żaków, a gdy odpowiadają ciszą, każdy zostaje umownie zastrzelony. Czy brak wiedzy prowadzi tu do śmierci – umieramy w niewiedzy czy z niewiedzy?

Nie można pominąć także pojawiającej się nagości – odkryta pierś, obnażone pośladki… Ta golizna nie wydaje się być jednak wulgarna, nie idzie bodaj o sensację czy skandal. Choć odsłonięcie ciała budziło w latach 70., 80. (spektakl miał swoją premierę w roku 1975) kontrowersje, niewątpliwie należy doszukiwać się w tym innego sensu.  Przypuszczalnie to raczej element prostoty, naturalizmu całej rozgrywanej scen:  Reżyser bowiem dążył do zniesienia rozgraniczenia między tzw. rzeczywistością potoczną, a grą teatralną. Zabieg ten jest daleki od dobrze znanej współczesnemu widzowi obsceniczności, która bywa współcześnie nadużywana.

Warto przyjrzeć się innym aspektom prezentowanej na deskach rzeczywistości. Szkolne zajęcia: gramatyka, fonetyka, „historyczne majaczenia” to nie tylko rekonstrukcja dawnych dziejów, ale też zaduma nad nimi. Czy istnieje przeszłość nieskalana? Jakie demony chce Kantor wydobyć z przeszłości? Z pewnością motywy imion i nawiązań biblijnych, układany stos z manekinów to odniesienie do tragedii narodu żydowskiego – do ich wspólnych doświadczeń. Na ile próba rozliczenia się z bolesnymi dziejami może być terapeutyczna, zdaje się zastanawiać autor. Bohaterowie, z którymi czas nie obszedł się zbyt łaskawie, są zmęczeni – jakby „zdjęci z krzyża”. Czy taki los czeka każdego? Bolesne diagnozy sceniczne są gorzką lekcją życia: przestrogą, a być może nieuniknionym losem, na który każdy (?) jest skazany.

umarla-klasa
Zdjęcie

Tadeusz Kantor, jako artysta totalny, nigdy nie tworzył w oderwaniu od swoich czasów – warto zatem odnieść niektóre wątki i zagadnienia do biografii reżysera. Szkoła w Wielopolu Skarżyńskim to pierwsze doświadczenie edukacyjne i zetknięcie się ze środowiskiem, surowymi nauczycielami, a nawet doświadczenia kar. Klęczenie na drewnianej podłodze wydaje się nabierać metafizycznego zabarwienia w kontekście osoby Kantora. Filologiczno – klasyczny profil w tarnowskim gimnazjum im. Kazimierza Brodzińskiego to kolejny etap: budowania światopoglądu, nauki o fundamentach europejskiej kultury ( w tym także  antycznej cywilizacji). Przywołana w spektaklu Itaka, Orfeusz to powracająca (niczym bumerang) wciąż obecna tradycja. Szczególnie związany z twórczością Kantora zdaje się być motyw Thanatosa – obsesja śmierci pojawia się także w „Niech sczezną artyści” oraz w  „Wielopole, Wielopole”. Obawy i naturalny lęk przed śmiercią ubiera artysta w sceniczną postać, której sam nie nazywa spektaklem, a „seansem”. Nie jest to więc oderwana od rzeczywistości maska, a raczej jej element, co podkreśla artysta swoją obecnością. Kim on jest na scenie? Uwiera to pytanie, niepokoi jego milczenie, ale chyba właśnie taki jest tego cel.

kantor09
Zdjęcie

Bogactwo i różnorodność, jaką oferują dzisiejsze teatry to niewątpliwie pozytywny aspekt rozwijającego kulturowo świata. Pozostaje tylko pytanie postawione w tytule – jaki jest sens sięgania do przestarzałych spektakli „jakiegoś tam” Tadeusza Kantora? Odpowiedzi jest zaskakująco wiele. Mimo nieubłaganego upływu lat, jego twórczość zdecydowanie się nie zestarzała. Ponadczasowe treści, jakie wpisane są w jego twórczość odnaleźć można w każdych czasach – kiedyś i dziś. Uniwersalna forma i ogólna konwencja jest do przyjęcia zarówno przez odbiorcę dawnego i współczesnego. Co jeszcze go wyróżnia? Warto podkreślić, że w każdy jego spektakl wpisanych jest wiele odczytań – nie popadniemy więc w nadinterpretację, bo wielowymiarowość i erudycja pozwalają na dopatrywanie się całego szeregu sensów. Tak samo jak w lustrze: ilekroć patrzymy, za każdym razem dostrzegamy „coś” jeszcze.

Zapis spektaklu „Umarła Klasa” reż. T. Kantora jest dostępny na stronie Ninateki.

Miejski tatuaż, czyli o sztuce street artu

Nuda nadmiaru, czyli najgorsza spełniona przepowiednia filozofów ponowoczesności, to jeden z problemów, z którymi zmaga się sztuka współczesna. Walka o oryginalność, to nierzadko pułapka przesady, nad-formy. Czerpanie z dobrodziejstw kanonu i jednoczesne wytyczanie nowych ścieżek artystycznych to nie lada wyzwanie. Ciekawy w tym kontekście wydaje się być nurt street artu właśnie, choć sztuka ulicznego graffiti była początkowo traktowana bardziej jako fenomen socjologiczny, niekoniecznie zaś jako przejaw działalności twórczej. Czy nieudolnie nabazgrany napis na murze „Wisła Pany” jest graffiti czy tylko przejawem wandalizmu? A reklama warzywniaka namalowana na metalowym garażu to już graffiti czy po prostu przekazem pt. „U Helenki – najtańsze ogórki na osiedlu”?

Graffiti_als_Jardins_de_les_Tres_Xemeneies_-_Poble_Sec.jpg

Zamalowane mury często przybierają dekoracyjną formę, choć w większości powstają bez zgody właściciela, Zdj. Barcelona, Hiszpania

Etymologia słowa wskazuje na starożytny źródłosłów. Sgraffito lub sgraffito, to sposób dekoracji ceramiki (później techniki malarskiej popularnej w okresie renesansu), która polegała na częściowym zdrapywaniu barwnych warstw tynku lub glazur. Okazuje się, że mianem graffiti określano także anonimowe rysunki i napisy wyryte na murach starożytnych Pompei czy Rzymu: często były to humorystyczne komentarze polityczne i pochlebstwa w stosunku do sportowców. W ten sposób rozwinęła się spontaniczna miejska komunikacja, która szybko zaczęła cieszyć się nie tylko popularnością, ale także zaufaniem społecznym. Można przypuszczać, że ten „głos ludu” nie wyszedł z obiegu w epokach późniejszych, jednak pojawiał się sporadycznie i ciężko byłoby przytoczyć konkretne przykłady.

Swój comeback zawdzięcza graffiti rozwijającej się od XIX wieku fotografii, dzięki której możliwe było uwiecznianie ulotnego zjawiska. Dokumentalistą malowanych kredą rysunków i wydrapywanych na murach napisów był Gyula Brassai. Ten artysta węgierskiego pochodzenia robił zdjęcia francuskich ulic głównie w biednych dzielnicach, gdzie wraz z rosnącym niepokojem społecznym zwiększała się liczba protestów wyrażanych grafikami. Zamalowane mury i chodniki Paryża były także pokłosiem studenckiej rewolty pod koniec lat 60.

nofutr.jpg
Źródło

Współcześnie rozumiana sztuka graffiti utożsamiana jest z dwudziestowieczną przestrzenią miejską i traktowana jest zazwyczaj jako rodzaj artystycznej ekspresji będącej mieszanką stylów: zwięzłych haseł, podpisów (tzw. tagów), kompozycji zwanych wrzutami. Narzędziem artystów są (obok pędzli) spreje, markery i szablony. Zgodnie z prawem, zawłaszczanie płaszczyzny cudzych budynków jest nielegalne, toteż wszystko powstaje pod osłoną nocy, często w ekstremalnych warunkach. Czym jeszcze naraziło się graffiti wymiarowi sprawiedliwości?

igcaiwbi
Źródło

Kryminolodzy James Q Wilson i George Kelling opracowali w latach 80. koncepcję, znaną później jako „teoria wybitej szyby”. Według niej, przestępstwo skutkuje dalszym nieporządkiem w przestrzeni publicznej: jeśli jakaś szyba w budynku zostaje wybita i nikt jej nie wymienia, to ludzie dochodzą do wniosku. że nikogo to nie obchodzi i nikt nie jest za to odpowiedzialny. Potem wybijane są kolejne szyby, pojawia się graffiti, a wokół wyrzuca się śmieci. Wilson i Kelling twierdzili, że zachodzi bezpośredni związek miedzy wandalizmem a przemocą uliczną i ogólną patologizacją społeczności. Teoria wybitej szyby legła u podstaw akcji „Zero tolerancji”, w ramach której bezlitośnie zwalczano przestępczość, a także wypowiedziano wojnę ulicznej sztuce.

Warto wszakże wykazać różnicę między graffiti a „graffiti”. Otóż street artem nazywamy wszelkie działania artystyczne w miejskiej przestrzeni, będące w opozycji do aktów wandalizmu, definiujące kulturę urbanistyczną. Każdy kij ma jednak dwa końce – nie można zatem doszukiwać się jedynie negatywnych aspektów naściennych malunków i wrzucać wszystkich jej twórców do jednego worka. Kto w takim razie szpeci, a kto ozdabia? Trudność w określeniu artysty pisanego przez duże „A” to tak jak próba odpowiedzi na pytanie „jak to nie zachwyca, skoro zachwyca?”. Za prekursora techniki szablonowej uważa się Andy’ego Warhola, ze względu na spopularyzowanie techniki graficznej. Często wskazuje się także na Jean-Michel’a Basquiat’a, jako pioniera, który zapisywał na nowojorskich murach swoją gniewną poezję. Niewątpliwie jednak nie te nazwiska kojarzą nam się z hasłem graffiti czy urban artu. Kto zatem zyskał sobie miano króla street artu? Komu przyznamy zwycięstwo w „wojnie o ściany”?

faqpp_01-2.jpg
Źródło

Paradoksalnie tożsamość najsławniejszego street art’owca jest nieznana. Banksy, bo pod takim pseudonimem występuje, to swoisty enfant terrible świata sztuki, który szokuje, prowokuje i co najważniejsze – zmusza do refleksji. Wypracowany przez niego opiera się na szablonach i graffiti, zawiera także polityczne i społeczne aluzje, krytykuje konsumpcyjny styl życia, wojny, popkulturę, zadaje pytania. W swoich pracach nie oszczędza nikogo: ani Królowej Elżbiety (została przedstawiona w masce gazowej), ani Jezusa (ukrzyżowanego z zakupami w rękach). Ta skromność w mówieniu o sobie wzbudza zainteresowanie, ale także podziw. Podziw natomiast jest zasługą jego prac, które milcząco bronią jego sztuki.

Pojawienie się graffiti na polskim podwórku związane jest z wojenną strategią Komendy Głównej Armii Krajowej. Ruch oporu w ramach Organizacji Małego Sabotażu „Wawer” to akt anonimowego sprzeciwu wyrażany namalowanymi na murach hasłami typu „Hitler kaput!” czy symbolami kotwicy. Cóż mogło być lepszą motywacją niż bunt wobec okupanta? Ten gest walki przejęły w latach 70. środowiska solidarnościowe, podczas protestów robotniczych. Z czasem jednak martyrologia ustąpiła miejsca swobodnej ekspresji, będącej przejawem sztuki. Dziś śmiało można pochwalić się Oteckim, Massmixem, Penerem czy Goro, których prace zdobią większe miasta.

Głosem w sprawie street artu jest wyreżyserowany przez Banksy’ego w 2010 roku film „Wyjście przez sklep z pamiątkami”. Jest to w dużej mierze autotematyczny dokument, który traktuje o zderzeniu sławy, pieniędzy i wandalizmu. Sam autor opisuje go jako „historię o tym, jak jeden człowiek postanowił nakręcić niefilmowalne. I zawiódł. Chcieliśmy, aby nasz film zrobił dla street artu to, co Karate Kid dla sztuk walki. Żeby każde dziecko wyszło na ulice z puszką sprayu w dłoni. Skończy się tak, że nasz film może zrobić dla street artu to, co Szczęki dla surfingu…” Czy się udało? Film do zobaczenia TU.

„Z rzadka widywane piękno opromienia świat. Dostępne na co dzień rani, pali i zadaje rany, które się nigdy nie zabliźniają” pisał Eric Emmanuel Schmitt w utworze pt. „Kiedy byłem dziełem sztuki”. Może trzeba potraktować zatem street art jak przecinek codzienności? Przecinek codzienności przymusowo interpretowany. Narzucający nam swą obecnością i przez to… osaczający swoją wymową? Oczywiście, bezpieczniej byłoby jednak przyjąć, że street art, to wyłącznie – element – poprawienia estetyki miasta. Minąć swobodnie „jakieś” tam graffiti, wejść do „jakiegoś warzywniaka, kupić „jakieś” tam ogórki u „jakieś” Pani Helenki. Ale… czy oto właśnie chodzi w sztuce?

Bibliografia, inspiracje:

  1. Banksy : wojna na ściany, oprac. Simon Munnery , tł. i opieka meryt. Kamila Kamińska, Kraków, Wydawnictwo SQN, 2012.
  2. Exit through the gift shop, reż. Banksy, USA, Wielka Brytania, rok produkcji: 2010.
  3. Morons, Banksy, 2006.
  4. Polski street art, Elżbieta Dymna, Marcin Rutkiewicz, Grupa Wydawnicza PWN, Warszawa 2010.
  5. Strona internetowa: http://polskistreetart.blogspot.com/ (Dostęp: 10 XI 2016).
  6. Sztuka u progu XXI wieku, Grzegorz Dziamski, Wydawnictwo Fundacji Humaniora, Poznań 2002.
  7. The World Atlas of street art and graffiti, Rafael Schacter, foreword by John Fekner, Aurum Press, London 2013.

Freeganizm, czyli o życiu w kontrze, zakupach na śmietniku i walce z konsumpcjonizmem

To było dobrych kilka lat temu. Pamiętam jak wracałyśmy z koleżanką ze szkoły i mijając kubeł ze śmieciami zobaczyłyśmy niedojedzoną paczkę chrupek. Kasia wręcz klasnęła z zadowoleniem i pospiesznie wyłowiła zdobycz.

Chyba nie zamierzasz tego zjeść? -zapytałam z przerażeniem, właściwie znając już odpowiedź.

A dlaczego nie?

W ten oto sposób moja znajoma zachowała się jak przykładna freeganka zupełnie o tym nie wiedząc. Zacznijmy jednak od wyjaśnienia, czym jest to zjawisko i kiedy wkradło się do naszej rzeczywistości. Nie można jednoznacznie określić daty będącej początkiem działalności tego ruchu. Adam Weissman, aktywista freegański (a kiedyś ochroniarz w New Jersey) wyjaśnia, że freeganizm wyrósł z radykalnego ruchu kontrkulturowego „yippies” w latach 60., ale wiąże się też z kulturą amerykańskich włóczęgów zwanych „hobo”, którzy w czasach Wielkiego Kryzysu wędrowali po całym kraju, jeżdżąc na gapę pociągami towarowym[1]. Nazwa natomiast, powstała jako zbitka angielskich słów free – wolny, darmowy, i veganism – weganizm. Czy oznacza to jednak, że wszyscy freeganie nie są mięsożerni?

Podstawowym budulcem ideologii freegan jest chęć bojkotu marnotrawnego życia konsumpcyjnego społeczeństwa- zatem i mięsożercy są zrzeszonymi członkami tej religii. Religii? Może jest to słowo na wyrost, ale sami zainteresowani mówią o filozofii etycznego jedzenia. Bowiem jest to alternatywna droga pozyskiwania pożywienia, która nie wiedzie przez wyzysk innych i krzywdę zwierząt. Poza tym nie musi być świeże i nieodpakowane- wszak żaden freeganin nie pogardzi tym, czym ktoś pogardził. A gardzimy, i niestety dane statystyczne są zatrważające.

Nie jem, więc wyrzucam

Według badania przeprowadzonego w 2011 roku przez FAO (ang. Food and Agriculture Organisation- światowa organizacja zajmująca się wyżywieniem i rolnictwem)[2], rocznie wyrzuca się 1,3 miliarda ton jedzenia, co stanowi blisko jedną trzecią wyprodukowanej na świecie żywności. W tych niechlubnych statystykach przodują Amerykanie, którzy wyrzucają od 25 do 40 proc. zawartości swojej lodówki. W Europie na śmietnik trafia ok. 20-30 proc. zakupionej żywności. Zaskakiwać może fakt, że aż dwie trzecie tego jedzenia nadaje się do spożycia. A ile marnuje się w Polsce? Badania Eurostatu plasują nas na piątym miejscu (za Wielką Brytanią, Niemcami, Francją i Holandią) tego haniebnego rankingu. Problemem nie są konsumenci, a prawodawstwo branży spożywczej.

Federacja Polskich Banków Żywności od lat walczy o wprowadzenie ustawy, która pozwoliłoby na przekazywanie przez markety żywności potrzebującym., bowiem polskie prawodawstwo tego zabrania. Reporterzy programu „Uwaga” z 2005 roku docierają nawet do specjalisty, który potwierdza tą anomalię: Każda darowizna podlega opodatkowaniu, także darowizna chleba. Jeśliby piekarze chleb wyrzucili, mieliby spokój – mówi Ryszard Frużyński z Urzędu Skarbowego w Rzeszowie i na pytanie reporterki, czy nie jest to absurd, odpowiada: – Tak[3]. Być może ten przepis wywoływałby wyłącznie drwiący śmiech, gdyby nikt przez niego nie ucierpiał. Ofiarą tego artykułu jest Waldemar Gnotowski, który przez kilkanaście lat prowadził piekarnię w Legnicy. Ten skromny darczyńca rozdawał niesprzedane pieczywo potrzebującym- czyn godny pochwalenia. Problemy zaczęły się w 2004 roku, gdy prezydent miasta przyznał mu nagrodę Sponsora Roku i mało znany przedsiębiorca zyskał sławę, która zapoczątkowała zainteresowanie i zawiść innych. Kontrolerzy fiskusa ustalili, że nie płacił on podatku VAT od pieczywa, które przekazywał biednym, a zaniżając wielkości sprzedaży, zaniżał też wysokość płaconego podatku. Prokuratura i urzędnicy skarbowi na podstawie ilości kupowanej przez niego mąki wyliczyli, ile rzeczywiście wyprodukował pieczywa w 2003 roku. Według nich Gronowski zaniżył przychody o blisko 260 tys. zł. Fiskus ukarał go grzywną w wysokości 230 tys. zł[4].

Digital Camera

Absurd nr 2: jak można ukraść śmieci?

Oficjalnie praktyki freeganów to kradzież. Czy jednak można uznać ich winnym rabunku czegoś, co zostało uznane za zbytek? – Po upływie terminu przydatności żywność staje się odpadem organicznym. Póki te odpady nie zostaną przekazane firmom zajmującym się utylizacją lub ich dalszym zagospodarowaniem, są własnością sklepu – tłumaczy Karol Stec, dyrektor ds. koordynacji projektów Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji (POHiD), która zrzesza 12 największych sieci handlowych w Polsce[5]. Nierzadko także, trzeba popełnić dodatkowe przestępstwo, to znaczy dostać się do śmietnika. Od niedawna bowiem przedsiębiorcy i właściciele kosze zabezpieczają kłódkami a teren marketu skutecznie pilnuje ochrona. Można by rzec: „Dla chcącego nic trudnego”, ale warto także dodać: „Żyj i nie utrudniaj życia innym”.

Nie każdy myśli tak samo

Ostatnia sentencja przywodzi na myśl kolejną kwestię: nie zmienimy faktu, że jako jednostki niezależne jesteśmy częścią szerszej społeczności (lokalnej bądź globalnej). Możemy mieć swoją ideologię, ale nie jest ona w całości oderwaniem od realiów wkoło nas. Współczesność jest określana jako doba postmodernizmu, który zakłada wielość systemów wartości, prawd, ale także permisywizm, czyli daleko posuniętą tolerancję[6]. Nie wątpliwie owocem tej dowolności jest tendencja powstała pod koniec XX wieku, mianowicie pojawianie się nowych i rozmaitych ruchów społecznych.

Eko, eko… ekonomia!

Pobudki ideologiczne to nie jedyny aspekt filozofii freegańskiej. Bywa i tak, że to perspektywa głodu pcha ludzi do kontenerów. Od razu pomyślimy: bezdomni, włóczęgi… Wcale nie! Na internetowym blogu podróżnika Łukasza Supergana czytamy: Z początku traktowałem ten styl życia raczej jako ciekawostkę. Minęło jednak trochę czasu i sam znalazłem się w okolicznościach, które pchnęły mnie do spróbowania tego sposobu zdobywania jedzenia. Było to, o dziwo, nie w bogatym kraju, ale rok temu, w Kirgistanie, gdy opóźniający się przelew od redakcji zostawił mnie z perspektywą przeżycia kolejnego tygodnia za 15 groszy. Udałem się więc na największy bazar w Biszkeku w porze, gdy był już zamykany i, ku swojej radości, znalazłem masę niesprzedanych przez handlarzy owoców i warzyw. Nawet w stosunkowo biednym kraju jedzenie bywa marnowane[11]. Doskwierające braki w portfelu to także zmora wielu młodych ludzi. W wywiadzie dla portalu gazeta.pl Dominik Tomaszczuk pyta o doświadczenia młodego freeganina Tymona Radwańskiego: W maju przeprowadziłem się z Warszawy do Kopenhagi. Miałem niewiele pieniędzy. Zresztą zdecydowałem się na Kopenhagę jako cel mojej podróży, bo znajomi mówili mi: „słuchaj, tutaj to nie jest problem. Przyjedź, sprawy same się poukładają”[12]. I poukładały się, oczywiście. Można mówić: to się dzieje za granicą, u nas w Polsce to byłoby niemożliwe… Na pewno?

pobrane-3

Z domowego podwórka

Freeganizm, mimo iż jest praktyką, do której większość ma sceptyczne podejście, o dziwo znalazł swoje miejsce na polskim gruncie i coraz częściej gości w naszych słownikach. Większym zaskoczeniem może być fakt, że w 2011 roku powstał nawet o tym zjawisku film. „Wypad z freeganami” w reżyserii Karola Kowalskiego to projekt krótkometrażowy, będący udokumentowaniem nocnej ekspedycji po Krakowie w poszukiwaniu jedzenia. Wycieczka od śmietnika to śmietnika, luźne rozmowy i całe mnóstwo dobrego jedzonka. Czy kontenerowe znaleziska mogą być choć odrobinę apetyczne? Na śniadanie: truskawki z miętą. Obiad: sałatka z bakłażana, zupa krem z warzyw, ciasto dyniowe. Kolacja: zapiekana cukinia ze szczypiorkiem, koktajl z bananów[13]. Brzmi jak menu ekskluzywnej restauracji? Jak się okazuje to, tylko spis dziennych posiłków Pawła z Warszawy za-bagatela!- zero złotych. Da się nawet znaleźć kilkanaście opakowań malin. „Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że był początek stycznia, więc jedno takie pudełko kosztowało prawie 15 złotych. Ktoś lekką ręką wyrzucił na śmietnik owoce warte kilkaset złotych”[14]. Takie skarby i to na wyciągnięcie ręki.

Dla każdego, ale nie dla wszystkich

Mając na nosie socjologiczne okulary staram się bliżej przyjrzeć tej grupie społecznej. Od razu przychodzi mi na myśl pojęcie kontrkultury trafnie opisujące freegan jako przeciwników mainstreamu (ang. „główny nurt”) hołdujących własnym wartościom. Najczęściej są to osoby młode, reguły jednak nie ma. Wegetarianie, anarchiści, ekomaniacy? Próbuję zilustrować portret freeganina i od razu zauważam wiele sprzeczności: studenci, osoby dorosłe, rodzice z dziećmi… Pracownicy fizyczni, urzędnicy, artyści… Co jest spoiwem tej grupy? Ich tożsamość buduje na pewno swoista wrażliwość na problemy społeczne, szacunek dla cudzej pracy, chęć bojkotu systemu, odwaga… Oj dużo trzeba tego bojowego ducha freeganom! Bynajmniej nie do jakichś bitew o śmietnik. Mowa raczej o tzw. hejterach, czyli osobach wypowiadających się wyłącznie nieprzychylnie. Żeby sprawdzić poziom nienawiści zerkam na forum tematyczne w Internecie, a tam zażarta dyskusja: „niech Bóg broni- poniżające jest to dla jednych jak i dla drugich: ten, co zbiera zatraca człowieczeństwo, a ten, co wyrzucił, już zatracił”[15]. Dla równowagi są także głosy pochlebne: „próbowałem obiad freegański u znajomej ze Szczecina i szczerze… były same rarytasy, smacznie i zero problemów z żołądkiem[16]. Wydaje się zatem, że samo zjawisko jest znane, jednak większość jest wciąż sceptyczna i nieprzekonana.

„Dlaczego nie?”

„Czy byłabym w stanie zjeść wygrzebany z kosza posiłek?” Niczym bumerang powraca do mnie pytanie postawione spontanicznie przez koleżankę Kasię. Daleka jestem od subiektywnego wartościowania tego zjawiska, ale myślę, że jeśli każdy zadałby sobie to pytanie, to szybko okazałoby się, czy freeganizm ma jakąś przyszłość. W Barcelonie powstał już specjalny przewodnik dla freegan, może kiedyś ukaże się  rodzima publikacja? Jedno jest pewne. Ideałem nie jest społeczeństwo stołujące się na wysypiskach, a  raczej ludność nie prowokująca takiej sytuacji. Wszystko w myśl hasła: „Śmieci mniej, Ziemi lżej”!

Fragment artykułu ukazał się w Magazynie „MANKO”.

Na legalu, czyli X przykazań kulturalnego użytkownika

O tym, jak ważne jest przestrzeganie praw autorskich i korzystanie z legalnych źródeł wiedzą teoretycznie wszyscy użytkownicy Internetu. Fundacja Legalna Kultura do promowania tych idei zaangażowała aktorów, artystów i ludzi ze świata sztuki. Dzięki temu powstała kampania społeczna, w której głos zabrali m.in. Skubas, Organek, Magdalena Boczarska. Jak możemy w praktyce dołożyć swoją cegiełkę do bycia fair?

Po 1. Nie kradnij!

Brzmi banalnie, ale poza teorią bardzo często zapominamy, że pobieranie tzw. „piratów” i gromadzenie nielegalnych filmów na dysku swojego komputera to kradzież. To samo tyczy się publikowania w Internecie (na portalach społecznościowych, na blogach) i niepodanie źródła, autora cytatu – jest to bezprawnym wykorzystaniem cudzej własności intelektualnej.

Zasada nr 2.: uważność.

Tutaj chciałabym zwrócić uwagę na istotne, acz pomijane kwestie. Oglądanie materiałów wyłącznie online nie gwarantuje, że przestrzegamy praw twórców. Istotne przy korzystaniu np. z serwisu Youtube (czy podobnych) jest zwracanie uwagi na to, kto dane dzieło dodał i czy miał do tego prawo. Jeśli teledysk/ film udostępnia wytwórnia/ oficjalny kanał artysty, mamy pewność, że oglądamy materiał zgodnie z wolą autora.

3. Łamanie prawa.

Pamiętaj, że i Ciebie chroni prawo! Niezależnie czy komponujesz, piszesz czy nagrywasz – jeśli jesteś autorem wiesz jak ważne jest sygnowanie Twojej marki. Masz prawo żądać od administratora strony/ platformy by zaniechał udostępniania twojego wytworu, jeśli nie udzieliłeś na to zgody. Jeśli nadużycie okazało się dla Ciebie dotkliwe – masz podstawy do wytoczenia procesu sądowego.

4. Jak żyć?

Moje poszukiwania darmowych i legalnych baz materiałów filmowych/ książek przyniosły zaskakujące rezultaty. Przede wszystkim: da się! Czytadła w ilości dużej można znaleźć m.in. na http://wolnelektury.pl/ czy https://polona.pl/, która jest multimedialną kopalnią dobrodziejstw Biblioteki Narodowej. Do polecenia również http://ninateka.pl/, z nieocenionymi materiałami archiwalnymi i http://www.muzykotekaszkolna.pl/, której dodatkowym atutem jest profil edukacyjny.

5. ZAiKS: na straży porządku.

ZAiKS, tj. Związek Autorów i Kompozytorów Scenicznych. Powstał w marcu 1918 roku w Warszawie z inicjatywy autorów i twórców scenicznych, m.in. przez J. Tuwima, A. Słonimskiego. Główne cele statutowe działalności Stowarzyszenia to zbiorowe zarządzanie prawami autorskimi, ich ochrona i propagowanie.

6. Tantiemy, czyli co?

Jedno z popularniejszych haseł w kategorii prawodawstwa ochrony własności intelektualnej to właśnie tantiem. Jest to forma wynagrodzenia dla twórców za możliwość wykorzystania ich dzieła, o ile z niej nie zrezygnowali na rzecz dozwolonego użytku.

7. Dura lex, sed lex

Kwestia regulacji prawnych w zakresie ochrony własności intelektualnej to w przypadku Polski Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Całość do przeczytania m.in. w Internetowym Systemie Aktów Prawnych.

8. Tworzę, więc jestem.

Każdy twórca ma prawo zarejestrować swój utwór (muzyczny/ filmowy itd.) i czerpać w przypadku jego rozpowszechniania profity. W zależności od prowadzonej działalności, można np. zgłosić się do Urzędu Patentowego czy zarejestrować swój utwór, od niedawna on-line.

9. Z ciekawostek.

Tatuaże także mogą być traktowane jako zindywidualizowany przejaw działalności artystycznej a tym samym mogą zostać chronione. Jeśli malunek na ciele faktycznie zawiera znamiona unikatowej pracy twórczej, a my jesteśmy jego „nośnikiem” możemy rozważyć wykupienie praw autorskich od tatuażysty. Jakkolwiek kuriozalnie to może brzmieć: w przypadku mocno wytatuowanych modeli, których jest to cechą charakterystyczną mogłoby się zdarzyć, że autor cielesnej ozdoby dopomni się o udział w zarobkach np. w kampanii reklamowej itp.

10. Mea cupla, mea culpa…

Skłamałabym pisząc, że od zawsze przestrzegam powyższych rad niczym kodeksu drogowego (choć i tu bywa różnie, ale ciii…). Niemniej w ramach mocnego postanowienia poprawy polecam uwrażliwienie się na kwestię praw autorskich.

Pamiętajcie: to ma znaczenie!

culture.jpg

31. października, czyli All Hallows’ Eve

Granicę miedzy złotą jesienią, a chłodno- szarymi dniami wyznacza zdecydowanie początek listopada. Ostatni dzień października to data, która w kulturze popularnej kojarzona jest jednoznacznie z obchodami Halloween. Skąd się ono właściwie wzięło? Czy lepiej wybrać trick czy treat?

Tradycja święta, które dziś jest synonimem upiornopochodnych przebieranek, sięga ok. V w. p.n.e. i zwyczajów celtyckich. Samhain był dla ludności ziem brytyjskich obrzędem związanym z przybyciem na ziemię demonów i złych duchów, które wokół ognisk przepędzali Druidzi. Wraz z podbojem wysp przez Juliusza Cezara w ok. I w. n.e. rodzime obyczaje zaczęły się rozprzestrzeniać, a także nieco transformować. Wiek VII n.e. uważany jest za początek oficjalnych obchodów ku czci męczenników w kręgu europejskiej religii katolickiej. Z biegiem czasu All Hallows’ Eve (ang. wigilia święta zmarłych) zaczyna funkcjonować jako Halloween w szerszej świadomości.

snap-apple_night_globalphilosophy
Obraz D. Maclise pokazujący Halloween’ową zabawę w Irlandii, 1832

Wiek XIX w historii (szczególnie irlandzkiej) to okres czarnych epidemii, masowego głodu i pierwszych znacznych migracji. Wraz z ludźmi podróżowały ich doświadczenia, wartości oraz dziedzictwo kulturowe. Tym oto (nieco domniemanym) sposobem przypłynął do Ameryki zwyczaj zwany Halloween, który na przestrzeni lat przekształcał się i ewoluował. Początkowo był on jedynie okazją lokalnych społeczności do sąsiedzkich spotkań, w trakcie których witano gości smakołykami i opowieściami o duchach i czarach.

greenwich-village-halloween-parade
Parada Halloween’owa w Greenwich (Wielka Brytania)

Halloween to obecnie impreza, która jest jednoznaczna z huczną i dobrą zabawą. Dzieci (przebrane najczęściej za wiedźmy lub duchy) spacerują w sąsiedztwie z hasłem „trick or treat” uprzedzając, że jeśli nie zostaną obdarowane słodyczami (szacuje się, że w Stanach sprzedaż cukierków jest największa wtedy właśnie), są skore wyrządzić psikusa (od przewrócenia ogrodowego krasnala po wymalowanie farbą samochodu na podjeździe). Dorośli natomiast (wykorzystując nieobecność swych pociech) urządzają przyjęcia- przebieranki (tutaj nie obowiązuje już żaden nakaz dotyczący odzienia i z reguły mamy do czynienia z festiwalem kreatywnych pomysłów) albo odwiedzają tzw. scary farms (czyli upiorne miejsca, które mają wzbudzać dreszczyk emocji). Alternatywnymi rozrywkami są wróżby i tzw. apple bobbing (ang. dygający, np. na wodzie), czyli wyławianie ustami bez pomocy rąk jabłek.

halloween-jack-pumpkin-lanterns-hd-wallpapers

Nieodłącznym elementem krajobrazu jest ogromna, pomarańczowa dynia w różnych jej odsłonach: od wykorzystania kulinarnego, na dekoracyjnym skończywszy. Charakterystycznym dla tego dnia jest wycinanie dyniowych lampionów, tzw. Jack-o’-lantern (ang. lampiony Jack’a). Legenda głosi, że chciwy Jack zaprzedał diabłu swoją duszę, po którą Mefisto raczył się zgłosić właśnie w okolicy święta Halloween. Ostatecznie, udało mu się oszukać siły nieczyste, ale za swój niecny czyn Jack nie mógł trafić do nieba. W konsekwencji błąka się więc po ziemi z lampionem zamiast głowy i w ten sposób odbywa swoją karę za zbytnią zachłanność.
Choć w Polsce coraz bardziej modne staje się powracanie i kultywowanie rodzimych zwyczajów (ludowych dziadów), Halloween coraz częściej obchodzone jest także w naszej szerokości geograficznej. Kto świętuje?

➡ Źródło: history.com